Ta strona wyglądała by znacznie lepiej w przeglądarce, która jest zgodna ze standardami, ale prawdopodobnie jej zawartość da się oglądać na każdej innej.

http://trojka.info - #Trojka


Dream Theater, Riverside 11.06, Katowice

Nigdy nie byłem fanem progmetalu, mimo że wielokrotnie byłem na ten gatunek nawracany. Nie, dla mnie, miłośnika rocka progresywnego, progmetalowe dźwięki to ciągle był "metal", nawet jeśli instrumentarium zawierało klawisze, a utwory były rozbudowane i zawierały łamańce rytmiczne. W szczególności, mimo wielu prób, nigdy nie przekonałem się do najsłynniejszego przedstawiciela gatunku - amerykańskiego Dream Theater. Dlatego też nigdy do tej pory nie pojawiłem się na ich koncercie w Polsce - mimo, że takich koncertów było już kilka. Tym razem jednak sytuacja przedstawiała się nieco inaczej - po pierwsze, koncert odbywał się w moim mieście, po drugie - pewna osoba zadała mi pytanie, czy wybrałbym się nań wraz z nią. Nie było powodu być asertywnym i tak we wtorkowy wieczór znalazłem się pod Spodkiem.

Od razu przeżyłem mały szok kulturowy. Koncerty, na które chodzę na ogół, zaliczają się do dwóch kategorii: albo artyści mocno niszowi, albo mocno zdinozaurzeni. Na pierwszych publiczność często trudno znaleźć w sali, na drugich - przeważają widzowie w wieku adekwatnym do wieku wykonawców i adekwatnie się zachowujący. Na Dream Theater były tłumy ludzi, większość z nich miała na sobie koszulkę z którejś z poprzednich tras zespołu i widać było, że są wielkimi fanami zespołu. Spodek aż buzował od emocji. Naprawdę, nie zdawałem sobie sprawę, jak bardzo ten zespół jest w Polsce popularny.

Punktualnie o 20 na scenę wyszli muzycy Riverside, zaproszeni do otwierania koncertów DT na tegorocznej trasie europejskiej. Ja tam jestem przekonany, że jeśli nic złego się nie stanie, to za pięć lat Riversajdzi będą jeździć na takie trasy w charakterze głównej gwiazdy. (Już ich poprzednia płyta znalazła się w ścisłej czołówce większości progresywnych i nie tylko rankingów za rok 2005). Na razie wyglądali na mocno stremowanych, ale dali całkiem udany koncert (choć na początku Mariusza Dudy prawie w ogóle nie było słychać), sprawiając mi szczególną radość Second Life Syndrome, a kończąc The Curtain Falls ze wzruszającymi ukłonami na pożegnanie poszczególnych muzyków. Swoją drogą, w tym momencie przypomniałem sobie mój pierwszy koncert Riverside we wrocławskim Kolorze wiosną 2004 - ich w ogóle pierwszy koncert poza Warszawą - i uświadomiłem sobie, jak wielką drogę już przeszli.

Przed koncertem żartowałem, że po Riverside pójdę do domu. i przez chwilkę żałowałem, że tego nie zrobiłem. Bo początek koncertu był przytłaczający. Ciężkie, głośne brzmienie, popisy instrumentalne (w szczególności solówka Portnoya na perkusji). Ale powoli zacząłem się wciągać, zwłaszcza gdy zespół przeszedł do setu z nowej płyty - płyty, która mi się podoba słuchana w domu, a z której utwory na koncercie wypadły bodaj jeszcze lepiej. Po chwili przeżyłem miłe zaskoczenie, gdy w trakcie wykonywania jednego z utworów John Petrucci przeszedł do dobrze znanego mi sola z Sugar Mice Marillion, a gdy zastanawiałem się przez moment, czy się nie przesłyszałem - wokalista zaśpiewał fragment refrenu! W sumie wiedziałem, że DT często cytują klasykę rocka progresywnego, ale usłyszenie akurat tego utworu było. po prostu miłe. Później bawiłem się, wraz z większością publiczności, coraz lepiej.

Generalnie zaskoczyło mnie, że najbardziej podobały mi się utwory "czadowe" - zwłaszcza Take the time, jak dla mnie kulminacja koncertu - natomiast te łagodniejsze wywoływały u mnie raczej ziewanie. Tak, może po prostu Dream Theater nie potrafi tworzyć ładnych ballad?

Koncert był dość krótki, jak na standardy DT - grali jakieś 2 godziny. Wiem, że fani marudzili, ale dla mnie to było w sam raz - dłuższej dawki progmetalu w jednej porcji mógłbym nie znieść. A tak - pierwsze spotkanie z muzyką Dream Theater wypadło zdumiewająco pozytywnie dla mnie samego.

airborn